Meksyk

Cenote – tajemnica Majów i wielka atrakcja dla podróżników

21 marca 2017
cenote-xplority

Jeszcze przed wejściem do wody czułam przyjemny dreszczyk emocji. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego. Całkowite wrażenie potęgowała dodatkowo świadomość, że to tutaj swój początek i prawdopodobnie koniec mieli Majowie zamieszkujący Jukatan, a gdzieś tam daleko na dnie, mogą jeszcze leżeć ich szczątki sprzed tysiąca lat. Nic dziwnego, że za pierwszym razem wchodziłam do wody z walącym sercem, które niemalże stanęło mi w gardle, gdy zanurzyłam głowę pod wodę i otworzyłam oczy.

 

Cenotes, czyli o tym, jak Majowie zakładali miasta

Jukatan nie jest zachęcającym terenem do zakładania nowych miast. Wystarczy spojrzeć na mapę, by zdać sobie sprawę, że półwysep zdominowany jest przez niedostępną dżunglę. Co gorsza, nie przepływają przez niego żadne rzeki, które dostarczałyby wodę pitną w długich okresach suszy. Mimo to Majowie budowali tam swoje miasta, a niezwykle ważną rolę w ich planowaniu miały właśnie cenotes – naturalne krasowe studnie. Majowie w swoich wierzecniach zawdzięczali cenotes bogowi deszczu i sądzili, że są łącznikiem, przez który mogą dostać się w zaświaty. Niejedna cenota pamięta więc jeszcze krwawe ofiary składane bogom, a archeologowie wciąż znajdują na ich dnie szczątki ludzi. Chociaż cenotes pozwalały Majom przetrwać na Jukatanie długie lata, zawiodły ich w kluczowym momencie, gdy nad Zatoką Meksykańską zapanowała długoletnia susza. Poziom wody w tych ogromnych studniach drastycznie spadł, a miasta zaczęły pustoszeć.

Dzisiaj odkrywane są kolejne podziemne jeziora połączone wielką siecią podziemnych rzek. O krwawej historii już mało kto pamięta, za to niewątpliwie wszyscy mający taką możliwość korzystają z niesamowitych atrakcji, jakich dostarczają cenotes. Ja odwiedziłam trzy z nich – każda była inna, niepowtarzalna i dostarczała wyjątkowych wrażeń.

 

Gran Cenote (Tulum)

Cenota robi wrażenie jeszcze z powierzchni ziemi, która nagle urywa się i odsłania krystalicznie czyste jezioro i zanurzające się w nim stalaktyty. Jednak prawdziwa frajda zaczyna się po spojrzeniu pod wodę. To, co się tam widzi, to jakiś KOSMOS! Największe wrażenie robią przeróżne twory krasowe, między którymi można pływać, zagłębiać się w coraz dalsze części jaskini w towarzystwie tysiąca kolorowych ryb muskających po skórze i małych żółwi morskich. Zanurzenie głowy pod wodę jest jak odkrycie jakiegoś innego, niesamowitego świata, a emocje, jakie temu towarzyszą, to dziwna mieszanka ekscytacji z lekkim przerażeniem. To jedno z najbardziej epickich doświadczeń w moim życiu. Nigdy nie sądziłam, że snorkeling może być taki fajny.

Z praktycznych wskazówek, radzę wybrać się tam wcześnie rano, bo Gran Cenote to popularny punkt na liście wielu autokarowych wycieczek. My byliśmy w sobotę rano i jeszcze wtedy ludzi była dosłownie garstka, ale niestety wielu przybyło później. Koło południa w węższych miejscach wręcz ciężko było pływać. Poza niezapomnianymi przeżyciami, wielką zaletą tej cenoty jest jej dostępność, jasność, która sprawia, że pod wodą tak dużo widać, a na powierzchni można powygrzewać się na słońcu. Na miejscu można wynająć kapok, zestaw do snorkelingu, jeżeli ktoś potrzebuje, a swoje rzeczy schować bezpiecznie w szafce.

Cena za wstęp – 80 pesos (ok. 16 zł), dojazd – 5 km. My dojechaliśmy na rowerach, ale można skorzystać z licznych taksówek.

 

Cenote Hacienda San Lorenzo Oxman (Valladolid)

Okolice Valladolid są szczególnie urodzajne w cenoty (nawet w samym mieście znajduje się co najmniej jedna). Kierując się opisem z przewodnika zdecydowaliśmy, że musimy odwiedzić jedną z tych za miastem, nieco mniej popularną wśród turystów. Cenota okazała się na tyle mało znana, że nawet taksówkarz nie wiedział, jak do niej dojechać i początkowo zawiózł nas gdzieś indziej. Do celu dotarliśmy okrężną drogą. Kiedy jechaliśmy starą taksówką po wyboistej, piaszczystej drodze, mijając między innymi wielkie śmietnisko otoczone przez hordę bezdomnych psów, zastanawiałam się, jak my w ogóle stamtąd wrócimy. Na miejscu zastaliśmy opuszczoną haciendę, na której tyłach znaleźliśmy dopiero jakichś ludzi spędzających czas przy odkrytym basenie. Nigdzie za to nie było żadnej cenoty.

W barze upewniliśmy się, że dobrze trafiliśmy i po opłaceniu wstępu poszliśmy w kierunku niepozornej chatki. Tam znaleźliśmy schodzy prowadzące kilka pięter w dół. Wszelkie obawy o powrót gdzieś umknęły, gdy zobaczyłam wielką cenotę, zwisające  z góry długie korzenie i ludzi skaczących na linie do wody. Cenota w kształcie przypominała prawdziwą studnię – okrągła, bardzo głęboka, z pionowymi ścianami, bez żadnych ciekawszych tworów pod wodą. Tym razem zestaw do snorkelingu się nie przydał.  Tutaj za to można było oddać się prawdziwemu szaleństwu! Skakaliśmy do wody z wysokości ok 10 metrów raz za razem, bawiąc się przy tym jak dzieci. Ludzi było tak mało, że przez ten czas wszyscy zdążyli się poznać. To tutaj powstało zdjęcie, które na instagramie i fanpageu wzbudziło u Was tak duże zainteresowanie, że pytaliście w prywatnych wiadomościach o szczegóły miejsca : )

Ostatecznie udało się nam nawet jakoś stamtąd wrócić. Pewna przemiła meksykańska rodzina podrzuciła nas już normalną, krótką drogą do Valladolid. Podróż w siedem osób małym fiatem pandą też była swego rodzaju przygodą. Koniec końców uważam, że warto było zaryzykować powrót do miasta pieszo ; )

Cena – 40 pesos (ok. 8 zł), dojazd taxi – 70 pesos (uczciwy taksówkarz na szczęście wziął, tyle, ile zadeklarował na początku).

 

Cenote Samula (Valladolid)

Ostatnia cenota, którą mieliśmy okazję zobaczyć, także znajduje się pod miastem. Dojechać tam można taksówką za około 70 pesos, a powrót nie jest problematyczny. Na parkingu zawsze czeka jakiś wolny kierowca, który zawozi turystów z powrotem do miasta. W tym miejscu znajdują się dwie cenoty. Za wejście do każdej z nich płaci się osobno. Ze względu na brak czasu zdecydowaliśmy się odwiedzić tylko jedną, o której czytaliśmy bardzo dużo pozytywnych opinii – Cenote Samula.

Ta cenota, w przeciwieństwie do poprzednich, jest stosunkowo płytka. W niektórych miejscach można nawet stanąć. Skoki do wody nie byłyby  więc tutaj dobrym pomysłem, a i pod wodą nie ma raczej co podziwiać. Główną atrakcją tego miejsca jest za to wszystko to, co wznosi się nad taflą jeziora. Po przejściu parunastu stopni w dół, kiedy już człowiek znajdzie się pod ziemią, oczom ukazuje się ogromna jaskinia, prawie całkowicie zakryta, do której światło dostaje się tylko przez dwa otwory – jeden maleńki, drugi nieco większy. Trzeba zejść jeszcze parę ładnych pięter w dół, żeby znaleźć się bliżej jeziora. Światło wpadające przez otwory daje świetne efekty wizualne, sprawiając, że cały widok zapada na długi czas w pamięci.

Cena –   65 pesos, dojazd taxi – 70 pesos w jedną stronę.

 

 

Cenotes dostarczyły nam niesamowitych wrażeń, nie tylko wizualnych, chociaż pewnie oczy nieraz przypominały nam pięciozłotówki. Wcale się nie dziwię Majom, którzy wierzyli, że cenotes musiały być sprawką jakiejś siły boskiej.

A może ktoś z Was pływał już w cenote? : )

PS Pamiętajcie, że więcej o moim tripie do Meksyku znajdziecie w podsumowaniu podróży, gdzie znajdują się wszystkie linki z dotychczasowych wpisów na ten temat. Jak macie jakiekolwiek pytania, piszcie w komentarzach! 

 

You Might Also Like

  • Coś podejrzewam, że pod każdym Twoim wpisem z Meksyku będę super monotematyczna, bo jedyne o czy myślę to: „Chcę tam pojechać!”. Raz po raz przelatują mi przed oczami świetne promocje, ale póki co – trzymam rękę na pulsie (choć z wielkim trudem!) i nie kupuję. Na mój Meksyk jeszcze przyjdzie czas:)
    Cenote wyglądają obłędnie. Szkoda, że na codzień noszę soczewki, więc pływanie z zanurzoną głową może być odrobinę problematyczne…

    • Hm, nie wiem jak to działa z soczewkami, bo sama nie noszę, ale maska chroni przed dostępem wody do oczu. Chyba, że nie chodzi o kontakt z wodą, a na przykład o ciśnienie? 😀