Portugalia

Między Porto a Lizboną – Nazaré, Óbidos, Sintra i Cabo da Roca

31 maja 2018
Sintra

Ciężko było pożegnać się z Porto. Ciekawość reszty Portugalii pchała nas jednak do przodu. Odebraliśmy więc samochód z wypożyczalni i obraliśmy kurs na południe w kierunku Lizbony. Zbyt dużo jest jednak po drodze ciekawych miejsc i by pokonywać trasę na raz. Cztery punkty na mapie. Cztery zupełnie inne charaktery. Każde miejsce warte odwiedzenia. Zobaczcie zresztą sami : )

.

Nazaré

Jeżeli chcecie poczuć siłę i poznać prawdziwe oblicze oceanu, Nazaré jest miejscem idealnym. Miasteczko słynie bowiem z największych fal na świecie – nawet do 40 metrów i to właśnie tutaj został pobity ostatni rekord Guinessa w surfowaniu po największej fali. Żeby odczuć to na własnej skórze i zobaczyć na własne oczy, musielibyście się tam znaleźć jesienią lub zimą. Wiosną i latem oceaniczne fale wznoszą się raczej nieśmiało i aż ciężko w to uwierzyć, że parę miesięcy później żywioł uderza z taką mocą. Tak czy inaczej, nawet wiosną czuć tutaj specyficzny oceaniczny klimat. Moim marzeniem było spędzić chociaż jedną noc w apartamencie z widokiem na ocean i Nazaré było idealnym miejscem, by to marzenie spełnić. Trafiliśmy na wyjątkowo chłodną noc (jak dobrze, że w ostatniej chwili spakowałam do walizki wełniany golf!), a poranek obudził nas głośnym szumem fal i bezkresną mleczną mgłą, która nie ustawała przez parę godzin.

Jeżeli odwiedzicie Nazaré, wybierzcie się koniecznie na Sitio, czyli najwyższy w okolicy punkt widokowy. Wyrasta z oceanu  po północnej stronie miasteczka, dzięki czemu jest świetnym punktem do obserwowania całego spokojnego miasteczka, które oddziela się szeroką piaszczystą plażą od niespokojnego oceanu. Na górze znajdziecie uroczy ryneczek, knajpki, sklepy i spotkacie też kobiety, które przez cały rok sprzedają tutaj ludowe stroje, w tym wełniane swetry. Trudno się temu dziwić, kiedy w każdej chwili można spodziewać się tak wielkiej, przenikającej zimnem wilgoci, że w momencie człowiek staje się cały mokry i przemarznięty.

Nazaré

Nazaré

Nazaré

Nazaré

Nazaré

Nazaré

Nazaré

Nazaré

Ten apartament znajdziecie na airbnb. Łapcie zniżkę na 100 zł – klik.

.

Óbidos

Po kilkunastu godzinach spędzonych w Nazaré ruszyliśmy dalej w kierunku Lizbony, obierając raczej mniejsze drogi zamiast autostrad i zaglądając do co ciekawszych miejsc. Pierwszym z nich było Óbidos. Miasteczko już z drogi zwraca na siebie uwagę murami, które je w całości okalają. Óbidos powstało już w IV wieku wybudowane przez Celtów i od tamtej pory właściwie się nie zmieniło. Kiedyś miasteczko leżało nad samym brzegiem oceanu, o czym świadczą chociażby sterczące haki do cumowania statków. Dzisiaj oddalone jest od brzegu dobrych parę kilometrów. Poza tym można naprawdę poczuć się jak po przeniesieniu w czasie.

Mury, które kiedyś stanowiły barierę obronną, dzisiaj są świetną ścieżką do obserwowania miasteczka z góry. Obchodząc miasto dookoła murami można przyjrzeć się kształtowi ulic, znaleźć najciekawsze punkty w tkance tego niewielkiego miasteczka, by potem zejść na dół i ukryć się w cieniu między domkami. Większe place będą raczej oblegane przez grupy starszych turystów, jednak w licznych wąskich uliczkach można od nich nieco odetchnąć.

Punktem obowiązkowym przy wizycie w Óbidos jest ginjinha, czyli likier z cierpkiego gatunku wiśni, który serwuje się w czekoladowym „kieliszku” zjadanym oczywiście w całości.

Warto tu zajrzeć, szczególnie gdy jest się urbanistycznym freakiem, bo miasteczko w swojej budowie jest naprawdę wyjątkowe, ale mnie osobiście wizyty w takich turystycznych miejscach dosyć szybko męczą, więc po jakiejś 1,5 godziny z ulgą pojechaliśmy dalej.

Óbidos

Óbidos

Óbidos

.

Sintra

Kolejnym punktem, które chcieliśmy zobaczyć była Sintra, a przede wszystkim słynny Pałac Pena. Raczej każdy planujący wyjazd do Portugalii prędzej czy później natknie się na zdjęcie jego charakterystycznej bryły (ja mam je chociażby na okładce mojego przewodnika z Lonely Planet). Wszyscy nas ostrzegali, że natkniemy się tam na morze turystów i tego właśnie się spodziewaliśmy, jednak bardzo miło się zaskoczyliśmy. Do samego pałacu dotarliśmy jakąś godzinę przed zachodem słońca i było tam wówczas dosłownie około 10 osób.

Sam pałac robi ogromne wrażenie, dużo lepsze niż na zdjęciach. Przyglądając się jego bryle i elewacjom można doszukać się prawdziwego wachlarza różnych stylów – od średniowiecznych, przez wpływy arabskie aż po elementy o charakterze morskim i egzotycznym, a jego krzykliwe kolory działają wprost magnetyzująco. Pałac wznosi się na naprawdę wysokiej górze, chyba jednej z najwyższych w okolicach Lizbony. Wokół pałacu natomiast rozciąga się przepiękny i naprawdę duży park, w którym można odetchnąć w cieniu od palącego słońca.

Wieczorne godziny, niedługo przed zamknięciem wydają mi się najlepszą porą do odwiedzenia tego miejsca. Po pierwsze wtedy tłumy turystów pomału się stąd ulatniają, po drugie słynna magic hour jeszcze dodatkowo podbija kolory elewacji pałacu. Uwaga, protip: jeżeli chcecie zobaczyć pałac z zewnątrz, wejść na dziedziniec, przejść się arkadami (czyli właściwie zobaczyć wszystko to, co tutaj najpiękniejsze), a nie zależy Wam na zwiedzaniu samego wnętrza, wystarczy, że kupicie bilet do parku.

Sintra

Sintra

Sintra

Sintra

.

Cabo da Roca

Prawdopodobnie, gdybyście znaleźli się tam przed czasem wielkich odkryć, wierzylibyście, jak wszyscy inni, że stoicie właśnie na krańcu świata. Jakiś czas później wiedzielibyście już, że to tylko najdalej w Europie wysunięty  punkt na zachód, a później już tylko Ameryka. Gdybyście popłynęli w linii prostej na zachód, znaleźlibyście się jakieś dwie godziny na południe od Nowego Jorku.

Wracając jednak do Europy i Portugalii… sama droga na Cabo da Roca jest już fajnym przeżyciem. Po zostawieniu za sobą ostatnich zabudowań znajdziecie się na krętej drodze wśród ogromnych połaci dzikiej, niskiej (z powodu mocnego wiatru) zieleni, która niespodziewanie kończy się wysokim skalistym klifem. Tak kończy się Europa.

Tuż przed klifem wznosi się piękna latarnia morska, która swoją drogą jest pierwszą celowo wybudowaną w Portugalii latarnią. Jej światło widoczne jest na oceanie aż z ok. 50 km. Dotarliśmy tutaj tuż przed zachodem słońca, którego światło oblało klify rudą barwą. Zdjęcia nie oddają tego, jak piękne to było, serio : )

Cabo da Roca

Cabo da Roca

Cabo da Roca

Trochę oszołomieni wiatrem wsiedliśmy do samochodu. Za nami w oceanie gasło słońce, a przed nami w mroku pomału rozbłyskiwały światła Lizbony. Spędziliśmy tam trzy kolejne noce, ale o tym później, stay tuned ; )

You Might Also Like