Meksyk

Tulum – najlepsze miejsce na Jukatanie

15 marca 2017
tulum-xplority

Gdy przygotowując się w Polsce do wyjazdu wyobrażałam sobie wymarzone miejsce w Meksyku, oczami wyobraźni widziałam przyjazne miasteczko pełne uśmiechniętych ludzi czy przyjemnych knajpek, rajskie plaże i w końcu wielkie żółwie,  o których spotkaniu marzyłam od momentu, gdy pierwszy raz trzymałam w ręku wydruk biletu. Nie sądziłam, że takie miejsce w ogóle gdzieś istnieje, a tym bardziej, że spędzę tam całe osiem dni, jednak trafiliśmy do Tulum i od pierwszego momentu daliśmy się opanować totalnie unikatowym, pozytywnym wibracjom tego miasteczka.

Tulum Pueblo

Tulum rozwinęło się w latach 90-tych przy dużej, czteropasmowej drodze rozcinającej miasteczko bezlitośnie na pół. Co więcej, to przy tej właśnie drodze mieści się większość knajp i sklepów. Studiując mapę nie sprawia to pozytywnego pierwszego wrażenia, bo cóż może być fajnego w spędzaniu czasu przy tak wielkiej drodze? Tymczasem, liczne progi zwalniające (tu moglibyśmy się czegoś nauczyć) i oddzielenie „autostrady” mniejszymi jednokierunkowymi dróżkami  z przeznaczeniem dla ruchu lokalnego sprawiają, że nie jest ona wcale uciążliwa.

Ciężko byłoby nazwać miasteczko ładnym. Pełno tu brzydoty, rozpadających się budynków i zaniedbanych podwórek. Z pewnością psuje to wrażenia wizualne, jednak kompletnie nie wpływa na atmosferę unoszącą się w powietrzu, która jest niesamowita. Tulum żyje równie intensywnie za dnia, co w nocy. Do tego, w odróżnieniu dla nieco bardziej ekskluzywnego wybrzeża, miasto jest bardzo przyjazne dla kieszeni wszystkich podróżnych.

Plaża w Tulum

Małym minusem jest oddalenie plaży o ponad 5 km od miasta, które w pełnym słońcu wcale nie jest takie łatwe do pokonania pieszo. Na szczęście taksówki są naprawdę tanie, na plażę i z powrotem kursują ciągle małe busiki (tzw. colectivos) lub można też zrobić tak jak my, czyli wypożyczyć na parę dni rower. Tak czy inaczej, warto zrobić wszystko, by dotrzeć na plażę, która jest po prostu rajska i cokolwiek pod tym słowem rozumiecie, ona taka jest. Szerokie plaże, nieskazitelny jaśniutki piasek, przyjemna czysta woda o turkusowym kolorze, do tego palmy i schowane gdzieś między nimi niskie zabudowania. Wszystko to owiane morską bryzą, zdecydowanie uprzyjemniającą odczuwaną temperaturę. I choć trudno w to uwierzyć, ludzi jest tam naprawdę niedużo. BAJKA!

Beachbary

Infrastruktura wzdłuż plaży rozwija się równie prężnie, co w samym miasteczku, z tym, że tutaj znajduje się zdecydowanie więcej małych hotelików. Dla osób nocujących w mieście, czyli tak jak my, utrudnia to niestety dostęp do plaży, która niemalże w całości jest odgrodzona od drogi. Jednym z nielicznych miejsc, w którym można przedostać się do plaży jest przyjazna backpackerom taqueria La Eufemia, gdzie warto wpaść chociażby ze względu na bardzo fajny, wyluzowany klimat beachbaru, smaczne jedzenie i karaibskie drinki.

Tulum Cabanas

Będąc już w Tulum postanowiliśmy zostać tam odrobinę dłużej, niż planowaliśmy i zarezerwować sobie choć jedną noc gdzieś bezpośrednio przy plaży. Marcin znalazł świetne miejsce i w ten sposób zarezerwowaliśmy nocleg w jednym z domków (tzw. cabanas), które zostały wybudowane w stylu typowym dla dawnych zabudowań w tej części Meksyku. Cabanas to drewniane domki, kryte tylko i wyłącznie liśćmi palmowymi (bez żadnego stropu). To najbardziej niesamowite miejsce, w jakim miałam okazję nocować. Nasz pokój znajdował się na piętrze, a balkon wychodził wprost na Morze Karaibskie.

Jukatan w pigułce

W podsumowaniu podróży wspomniałam, że Tulum to Jukatan w pigułce. Już samo Tulum oferuje wiele atrakcji, ale wystarczy wybrać się na kilka jedniodniowych wypadów, by odkryć znacznie więcej niesamowitych skarbów Jukatanu.

Najbliżej miasta, 10 minut rowerem na północ, znajdują się ruiny największej nadmorskiej fortecy Majów i jeden z najwspanialszych widoków, jaki widziałam: wieża strażnicza osadzona na skarpie, bezpośrednio nad brzegiem Morza Karaibskiego, na tle zbierającej się burzy. Nie ma to jak kąpiel z takim widokiem!

tulum-xplority

Nieco dalej, ale wciąż w odległości dostępnej rowerem, znajdziecie Gran Cenote, czyli pierwszy cenote, w którym byliśmy i gdzie zaliczyliśmy pierwszy snorkeling w życiu. O cenotes będę pisać w osobnym wpisie, ale mogę Was już teraz zapewnić, że jeśli się tam kiedyś wybierzecie, nieraz zaprze Wam pod wodą z wrażenia dech w piersiach.

Spragnieni prawdziwie rajskiej, bezludnej plaży wsiedliśmy w colectivo i pojechaliśmy 15 km w stronę Playa del Carmen na plażę Soliman Bay. Faktycznie, poza paroma gośćmi pobliskich rezydencji, nie było tam praktycznie nikogo. Morze cicho szumiało, podobnie jak palmy, stwarzając idealne warunki do odpoczynku, jednak najciekawszym punktem wycieczki okazała się rafa koralowa, o którą rozbijały się fale. Być może nie zachwyca już tysiącem barw, ale wciąż mieszka tam mnóstwo ryb i innych żyjątek, które przyjemnie się obserwuje. Soliman Bay, to plaża jak ze snów.

Spędzając całe dnie z widokiem na morze łatwo zapomnieć, że Jukatan w większości pokryty jest dżunlgą. Świetnie można sobie to przypomnieć stojąc na szczycie najwyższej z majańskich piramid na Jukatanie, która znajduje się w Cobá. Dopiero, gdy dżungla, wielka aż po horyzont, rozpościera się w całej swojej okazałości, można zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo jest dzika i niedostępna. Cały kompleks archeologiczny jest naprawdę duży, dlatego polecam wynająć na miejscu rowery, którymi można jeździć od jednej budowli do następnej. Niestety, bez samochodu nie jest tam łatwo się dostać. Z Tulum dojeżdża tam tylko jeden ADObus (wcześnie rano), a powrotny wyjeżdża dopiero o 15. W powrotną stronę, jeżeli skończycie zwiedzanie dużo wcześniej, dobrą opcją jest zrzucenie się w cztery osoby na taksówkę.

Najdalszą wycieczkę colectivo urządziliśmy sobie do Akumal, by spełnić moje wielkie marzenie i pływać z żółwiami. Wyczuleni na próby wyciągania od turystów pieniędzy (za kamizelkę, z którą niby trzeba pływać) ominęliśmy wydzielony, publiczny basen i przeszliśmy na plażę przy jednym z hoteli. Musicie wiedzieć, że plaże według prawa są publiczne i nikt nie może Was przegonić, zwłaszcza, gdy jesteście blisko brzegu morza. Spodziewałam się, że będę mieć kupę szczęścia, gdy uda mi się spotkać chociaż jednego żołwia. Ku mojemu zdziwieniu, widziałam ich co najmniej kilkanaście! I naprawdę są ogromne, największy z nich miał ok. 1,2 m! Niestety nie miałam sprzętu przystosowanego do robienia zdjęć pod wodą, więc musicie mi wierzyć na słowo ; )

Jedzenie

Wiecie już, jak bardzo lubię poznawanie nowych miejsc poprzez odkrywanie nowych smaków. Tulum mnie nie zawiodło: najlepsze tacosy w La Chiapaneca (dzięki, Staszek za polecenie!), ceviche w El Camello Jr. czy burrito w Burrito Amor. Zresztą, zobaczcie sami (mam nadzieję, że już coś dzisiaj jedliście ; ))

 

Sama nie wiem, co w Tulum lubię najbardziej. Jedno wiem na pewno, chcę tam kiedyś wrócić!

Pamiętajcie – więcej informacji na temat naszego tripa po Jukatanie znajdziecie w podsumowaniu podróży – klik, a jeżeli macie jakiekolwiek pytania, piszcie w komentarzach : )

 

You Might Also Like

  • Ślinka cieknie na widok tej sałatki z krewetkami. Uwielbiam takie świeże, kolorowe jedzenie 🙂
    Rajskie miejsca, co tu dużo mówić. Spanie w domku z dachem z samych liści, widok z balkonu… wygląda to wszystko wspaniale 🙂

  • To są widoki, które mogłaby oglądać godzinami.Rajskie plaża, miasteczka które mają swój unikalny klimat, gęsta dżungla i przede wszystkim kawał historii. Przy okazji cała masa przydatnych informacji, dla kogoś, kto taką podroż planuje. U mnie wprawdzie nic nie zapowiada, żebym w najbliższym czasie miała odwiedzić Meksyk, ale gdybym kiedyś wybrała się na taką wyprawę, to będę wiedziała gdzie szukać informacji i inspiracji 🙂

    • Też mogłabym patrzeć na nie godzinami! Być może te wpisy to tylko wymówka, by móc po raz kolejny i kolejny oglądać te same zdjęcia 😀

  • … *wzdech* …
    Kurczę, ale bym zjadła świeżutkie, pysznie ceviche!
    Pływać z żółwiami – marzenie!
    Nocować w cabanas – też! I pisać bloga siedząc na tarasie z widokiem na lazurową taflę wody…
    Nie wiem dlaczego, ale Meksyk do niedawna wcale mnie nie pociągał, już bardziej Gwatemala albo Panama, ale po Twoich wspomnieniach i pięknych ujęciach mam ochotę od razu poszukać biletów. 🙂

    • Polecam rękami i nogami i w ogóle wszystkim! Też nie marzyłam aż tak mocno o Meksyku, bardziej to było wielkie marzenie mojego chłopaka i to on ogarnął bilety, ale teraz wiem, że chcę tam wrócić. Tylko kurczę, ciągle mam ten dylemat: z jednej strony wciąż chcę wracać do tych samych, ulubionych miejsc, ale z drugiej wciąż jest tyle do zobaczenia!

      • Znam to uczucie. 🙂 Marzą mi się znowu smaki Hongkongu, ale myślę, że mogłabym zrobić jakiś nowy kraj z przesiadką w HK i upiec dwie pieczenie. To może uda Ci się kiedyś Tulum w drodze dokądś dalej. 🙂

  • Ale tam jest cudownie! Ech, niepotrzebnie wyjrzałam przez okno – tutaj brzydko, wietrznie i deszczowo. Ból. 😀

    • No niestety, przedwiośnie nie jest najfajniejszą porą roku :/ Moi rodzice, którzy mieszkają na Podhalu, wysłali mi ostatnio zdjęcie ośnieżonego ogródka i myślałam, że się załamię. Ale pocieszam się myślą, że wiosna przyjdzie już niedługo 🙂

  • Angelika H

    W listopadzie wybieram się do Meksyku i powoli orientuję się w
    noclegach, możesz napisać gdzie dokładnie nocowaliście w Tulum, ciekawią mnie
    cabanas na plaży 🙂
    Świetne informacje, super relacja z wyprawy 🙂